logotyp

Zielona sukienka babci

Małgorzata Szumska jest podróżniczką, blogerką, absolwentką wrocławskiej PWST. Wydawnictwo Znak wydało właśnie jej pierwszą książkę „Zielona sukienka. Przez Rosję i Kazachstan śladami rodzinnej historii”.Fot. Jacek Łagowski

O słuchaniu opowieści dziadka Staszka i babci Janki, wyprawie na Syberię i opisywaniu losów rodziny opowiada Małgorzata Szumska, podróżniczka i blogerka Rozmawiała: Ola Rzążewska

Skąd się wziął pomysł na książkę, w której opisałaś swoją podróż na Syberię śladami dziadków, którzy zostali tam zesłani?

Chciałam spisać tę historię, ale głównie dla nich. Nie myślałam, by to wydawać w formie książkowej. Punktem zwrotnym był moment, gdy zaczęłam jeździć z prelekcjami podróżniczymi i opowiadając o tej wyprawie, umieszczałam w narracji historię moich dziadków.

I jak reagowali na to słuchacze?

Podchodzili do mnie 30-latkowie i mówili: - Nie ma już moich dziadków, zazdroszczę ci, że mogłaś o tyle rzeczy dopytać. Ludzie zaczęli mi wysyłać swoje drzewa genealogiczne i choć mnie oczywiście nie interesuje takie konkretne drzewo, to cieszy mnie, że coś poruszam, buduję mosty między pokoleniami. To dla mnie ważne, bo jestem niepoprawnie zakochana w starszych osobach, nigdy nie przejdę obojętnie obok, zawsze się zapytam, czy nie potrzebują pomocy. Pewnie jestem upierdliwa, ale też boli mnie, że w naszym społeczeństwie są na marginesie, że nie ma dla nich miejsca. Więc ucieszyłam się, że młodzi ludzie zaczynają się nimi interesować po wysłuchaniu mojej opowieści. Tłumaczę im, że dziadkowie mają lepsze historie na koncie, niż te z filmów Tarantino czy Almodovara, bo przecież te historie wojenne są mocne, wzruszające, czasem – paradoksalnie – śmieszne.

Z historii bardzo prywatnej stworzyłaś opowieść, która stała się publiczna…

Nie chodzi o to, że jestem niepoprawną ekshibicjonistką. Zobaczyłam po prostu, że ta historia potrafi zdziałać dobre rzeczy, że inspiruje. Przedyskutowałam to z babcią i obie uznałyśmy, że warto, choć nie jest to wyjątkowa historia, podobnych było przecież kilkaset tysięcy. Gdyby ktoś mnie dziś zapytał, co czyni ją tak niepowtarzalną i szczególną, musiałabym przyznać, że tylko to, że została wypowiedziana głośno. Gdyby porozmawiać z pięcioma innymi starszymi osobami, które mają za sobą wojnę, powstanie czy zsyłkę, to każda z ich opowieści okaże się mocna i będzie się chciało jej słuchać. Tylko my nie mamy czasu, by zapytać i poznać odpowiedź.

Spisując historię swojej podróży, opowiedziałaś też dzieje rodziny.

Każdemu to powiem – jeśli jeszcze tego nie tropiłeś, to na co czekasz? Dla mnie niezwykle ważne było – wiem, że brzmi to patetycznie z ust z 26-latki – kim jestem i dlaczego taka jestem. Po drugie, pamięć jest zawodna. A przecież takie rodzinne historie budują naszą tożsamość – nie tylko tożsamość jednostki, ale też całego społeczeństwa. Jeśli nie nagramy albo nie zapiszemy opowieści starszego pokolenia, to one znikną. Nawet jeśli ktoś powie: – Ja nie miałem kontaktu z dziadkami i te historie mnie nie wyrzeźbiły, warto pomyśleć, że dziś nie siedzielibyśmy sobie z kawą i książką, gdyby nasi dziadkowie nie przelewali za nas krwi. Pamięć o ich życiu jest ukłonem, podziękowaniem i uhonorowaniem tego, co zrobili. To pokolenie dużo cierpiało, dużo ryzykowało, warto im pokazać, że ciągle pamiętamy.

Jakie emocje grały w tobie najmocniej, gdy ruszyłaś w podróż przez Wileńszczyznę, Moskwę do Kazachstanu?

Najpierw było poczucie przygody. Jechałam na Syberię i nie wiedziałam, że będzie z tego taka wielka historia. W Wilnie czułam się bardzo samotna, wspomniałam pobyt tam z dziadkami i myślałam, że nigdy już tam razem nie wrócimy. Im bliżej byłam Mokruszy, tym bardziej się bałam, że niczego nie znajdę, że to nie ma sensu, że odbiję się od jakichś ruin. Ale odnalazłam nie tylko tę wioskę, ale i przyjaciółkę babci, więc przyszła euforia. Potem to spotkanie z Szurą, tego się nie da opisać, to było coś przepięknego. A w Kazachstanie widziałam więzienie, w którym był dziadek i znów czułam, jakbym miała tonę kamieni na plecach i musiała je dźwigać. To był pełen wachlarz emocji, dlatego powiedziałam już nie raz, że Kazachstan mnie pokonał.

Twój dziadek też o tym nie mówi. Jakby Kazachstan pokonał was oboje…

Tak, trochę tak. Wydaje mi się, że po prostu łatwiej się mówi o latach chwały, niż o latach, gdy traciło się honor. O partyzantce dziadek opowiadał godzinami – jak wysadzał podkłady kolejowe, jak ratował ludzi. Byłam wtedy młoda, miałam inne rzeczy w głowie, mało pytałam, a dziś dziadka już nie ma. Babcia miała z nim cichą umowę , że o zsyłce nie rozmawiają. Kazachstan pokonał mnie w sensie emocjonalnym – po tych skokach od euforii do poczucia kompletnego tragizmu, w pewnym momencie stwierdziłam, że muszę wracać do domu, pogadać z babcią i odpocząć.

Jak tę książkę przyjąłby Twój dziadek?

Wszystkie fragmenty o nim były pisane przez łzy. Ale myślę, że byłby dumny, pewnie cieszyłby się z samej podróży, może nawet chciałby więcej opowiedzieć? I chciałby, by historia o nim, o młodym „Jastrzębiu” – taki miał przydomek w partyzantce – żyła w pamięci innych ludzi. Jak byłam teraz na Wileńszczyźnie, to moi wujkowie, którzy są w wieku mojego ojca, mówili: – Twój dziadek tak zawsze pięknie opowiadał, myśmy uwielbiali słuchać; on pił i gadał. Więc chcę wierzyć, że dodałby wiele do tej książki i stałby się tak ważną jej częścią, jak stała się babcia Janka. Gdyby żył, bylibyśmy równoprawną trójką bohaterów – Janka, Staszek, no i ja.

Czy pamiętasz jeszcze coś z rozmów z dziadkiem?

Byłam jedyną w domu „zarazą”, która go wypytywała, a babcia czasem na niego krzyczała: – Tyle jej mówisz, że potem nie będzie po nocach spała! Pierwszy raz zaczęłam pisać książkę o dziadku, jak miałam 11 lat, bo już wtedy poczułam, że ta historia jest niesamowita. Moja rodzina ironicznie nazywała mnie wtedy „Szymborską”, bo wchodziłam na drzewa z pamiętniczkiem, szukałam natchnienia i pisałam. Jechałam do sklepu po dwa piwa dla dziadka, dawałam mu je, przy pierwszym zaczynał mówić, drugie sączył powoli i snuł swoje opowieści. Natomiast w momencie, gdy usłyszał, że piszę książkę, zaczął podawać suche fakty, jakby chciał, bym zapisała kalendarium tamtych wydarzeń. Ale byłam wtedy jeszcze dzieckiem, miałam pstro w głowie i myślałam : – Nuda, wrócę do tego później. Niestety nie wróciłam. Stałam się nastolatką – zbuntowaną, chodzącą na dyskoteki, która ma chłopaka i jest przekonana, że na historię dziadka ma jeszcze czas. A potem on zachorował na raka, był już za słaby, by o tym opowiadać. Teraz już nigdy nie dowiem się wielu rzeczy.

To jaka była rola babci? Czy ona teraz, gdy pisałaś, przypominała ci różne historie dziadka?

Godzinami z nią przesiadywałam, chciałam by każdą opowiedziała mi jeszcze kilka razy. Tak się jednak wsłuchiwałam, że nie potrafiłam notować, płakałam razem z babcią, przeżywając te opowieści na nowo. Ona była też moim pierwszym redaktorem. Czytała, poprawiała różne rzeczy, ale w końcu powiedziała, że nie ma tam żadnego kłamstwa, więc jest ok.

A jakie były reakcje następnych czytelników?

Wiele osób mówiło mi: – Dawno nie płakałam na książce, a ta doprowadziła mnie do łez, do śmiechu i znowu do łez. Wydaje mi się, że to najważniejsze, co mam na jej obronę – jest prawdziwa i emocjonalna. Dlatego zachęcam innych do spisywania historii rodzinnych, bo jeśli piszesz o takich rzeczach i piszesz od serca, a nie po to, by się chwalić, to musi być dobre. To bardzo miłe, że ludzie zainspirowani tą opowieścią, piszą do mnie o swoich losach, powstają na nowo mosty między pokoleniami.

A czemu ta tytułowa zielona sukienka stała się tak ważna w życiu twojej babci?

Dla mnie jest symbolem miłości. Dziadek chciał kupić materiał na sukienkę, gdy był w więzieniu. W zamian za papierosy, przyniósł mu go strażnik. Materiał był zielony, a to przecież kolor nadziei. Dla mnie to się wszystko pięknie układa, bo przecież dziadek powiedział do babci: – Uszyj sukienkę i czekaj w niej na mnie. I w dniu, w którym wyszedł z więzienia, babcia miała na sobie tę sukienkę. Według mnie ta sukienka opowiada o wielkiej miłości, dlatego wyciągnęłam ją na pierwszy plan i nadałam jej takie znaczenie.

Co zmieniła książka w życiu twojej babci?

Wspominałam już, że w Wilnie byłam smutna, bo myślałam, że nigdy tu już z babcią nie przyjadę. Ale pomyliłam się. Po dwóch latach naszej pracy nad książką, ciężkiej pracy z emocjami, babcia mówi: – Ja to bym chciała jeszcze raz do Wilna pojechać… Dwa tygodnie później siedzimy w aucie, tata prowadzi, babcia z tyłu śpiewa pieśni syberyjskie i rosyjskie. Byliśmy tam tydzień i zdarzył się taki moment, że babcia siedziała z siostrą mojego dziadka, trzymały się za ręce i jedna mówi do drugiej: – To co? Widzimy się już ostatni raz w życiu po tej stronie? Ja i mój ojciec płaczemy, a one z wielką pogodą ducha cieszą się, że mogły się spotkać, by się pożegnać. Gdyby nie książka, babci nie starczyłoby na to energii. Bo już po śmierci Staszka, czyli mojego dziadka, opadła z sił, a książka znów podniosła ją w górę.

>> powrót na początek strony <<

Zadanie jest współfinansowane ze środków otrzymanych od Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w ramach Rządowego Programu na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych na lata 2014-2020

Rządowy Program na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych na lata 2014-2020