logotyp

Zasłużyć na natchnienie

Katarzyna Bonda jest autorką bestsellerowych powieści kryminalnych o psychologu policyjnym Hubercie Meyerze („Sprawa Niny Frank”, „Tylko martwi nie kłamią”, „Florystka”), o profilerce Saszy Załuskiej („Pochłaniacz”, „Okularnik”) oraz książek dokumentalnych („Zbrodnia niedoskonała” i „Polskie morderczynie”). Jest założycielką szkoły pisania oraz autorką poradnika „Maszyna do pisania”.Fot. Jacek Łagowski

O tym, jak przeszłość wpływa na teraźniejszość, kto może wejść do białego pokoju i po co prowadzić sekretny dziennik, opowiada pisarka Katarzyna Bonda Rozmawiała: Anna Błaszkiewicz

„Okularnik” to kryminał, ale porusza trudny temat relacji polsko-białoruskich. Akcja powieści jest osadzona w Pani rodzinnej Hajnówce. W książce ukryta jest historia Pani babci Katarzyny, która została zamordowana w 1946 r. w czasie pogromu wsi prawosławnych. Była w siódmym miesiącu ciąży i osierociła 6-letnią córkę, Pani mamę. Czy trzeba znać swoją przeszłość, by lepiej siebie rozumieć?

Historię mojej babci poznałam w wieku 38 lat, kiedy robiłam dokumentację do „Okularnika”. Wtedy też odkryłam prawdę o swojej tożsamości narodowej i dowiedziałam się, że nie jestem stuprocentową Polką. Z jednej strony to straszne doświadczenie, niszczące poczucie bezpieczeństwa, ale z drugiej – otwierające nowe przestrzenie. Podejrzewałam, że one istnieją, bo wcale nie jest tak, że my nie domyślamy się tego, co przemilczane. Przeszłość bezpośrednio wpływa na nasze wybory. Nie bez przyczyny zaczęłam pisać powieści kryminalne, w których cały czas jest obecna ciemna przestrzeń – ona mnie fascynuje – ale i dążenie do jasności. Kiedy poznałam losy babci, wszystko się ze sobą połączyło, poszczególne elementy weszły na swoje miejsce. Do prawdy chyba trzeba dojrzeć.

Tę historię trudno zrekonstruować?

Większości rzeczy nie mogę się już dowiedzieć. Świadkowie pogromu, w którym zginęła moja babcia, nie żyją. Prawda o tych wydarzeniach była niewygodna, nawet zagrażająca życiu. Ludzie milczeli z różnych powodów, co sprawiło, że jest niewiele materiałów, które teraz można zgłębić. A to, co zostało, jest obarczone elementami subiektywnymi czy ideologicznymi. Moja mama, która przeżyła pogrom jako kilkuletnie dziecko, nic nie pamięta. Ale rozmowa na ten temat jest dla niej powrotem do rzeczy strasznych. Kiedy jej powiedziałam, że chcę tę historię opisać, najpierw była bardzo przeciwna. Mówiła: „po co sypać sól na rany” albo: „narobisz sobie wrogów”. Ale mi chodziło tylko o nią, bo to ona, nie ja, ciągle tam mieszka. Po wielu rozmowach, w końcu usłyszałam: „ja już mam tyle lat, że oni nie mogą mi nic zrobić, jestem bardzo starą kobietą”. To taki symboliczny moment, kiedy uwalniamy się od presji społeczeństwa czy rodziny i wszystko to, co skrywane, może wyjść na jaw.

Pani mama pisze?

Zawsze pisała wiersze, zaczęła też prowadzić dziennik, w którym notowała to, co się dzieje, utrwalała takie pozornie mało istotne sprawy. Ale widać było, że chce coś po sobie zostawić. Ponieważ trudno jej mówić o przeszłości, zaproponowałam, by o tym pisała i pracowała poprzez detal, zawężając swoją opowieść. Ponieważ mama pisze ręcznie, zaoferowałam, że jej to wszystko potem przepiszę na komputerze. To ją bardzo poruszyło i zachęciło do wysiłku, zaczęła się bardziej angażować. Stwierdziła, że nie jest wariatką, która notuje, że kupiła ser i mleko, tylko, że jej praca ma sens. Dałam jej specjalny brulion, w którym można numerować strony i przy pomocy fiszek podzielić opowieść na etapy. Szybko poprosiła o jeszcze dwa takie bruliony, żeby łatwiej jej było utrzymać porządek. Na początku miała sto milionów historii do opisania, musiałam więc ją sprofilować, by skupiła się na tym, co chce tak naprawdę opowiedzieć. Porównałam to do pracy nad wierszem i zrozumiała, że zamiast zapisywać wszystko, co jej przychodzi do głowy, musi się skoncentrować na jednym temacie. To wszystko się wydarzyło bardzo niedawno, po moim „Okularniku”. Jak będzie dalej z tym jej pisaniem? Nie wiadomo.

Pani córka będzie czytelniczką tych wspomnień?

Na razie ma osiem lat i nie odważyłam się jej opowiedzieć wszystkiego. Pojechałyśmy razem na cmentarz zarośnięty chwastami, na którym jest pochowana moja babcia. Dla Ninki to była prawdziwa wyprawa. Bywa też na spotkaniach autorskich i słucha tego, co na nich mówię, więc zna tę historię. Jest świadoma, że w naszej rodzinie dziedziczy się imię po babci i dlatego ja jestem Katarzyną. Moja mama swoje wspomnienia spisuje właśnie dla Ninki, dla swojej wnuczki, nie dla mnie. Wydaje mi się, zresztą mówię o tym w „Okularniku”, że od naprawdę tragicznych wydarzeń rodzinnych wolne jest dopiero czwarte pokolenie, ponieważ ono jest w stanie trzeźwo ocenić to, co się wydarzyło. Kiedy prowadziłam dokumentację, niezwykle trudne do zaakceptowania było dla mnie to, że jestem potomkinią kogoś, kto musiał w tym wszystkim brać udział. Dobrze rozumiem osoby, które przeżyły jakąś krytyczną sytuację i nie chcą do niej wracać. Nie chodzi tylko o wojnę, która dzieli nasze życie jak nożem. Takim ciosem, po którym ktoś się może zupełnie roztrzaskać, bywa na przykład zdrada.

Prowadzi Pani warsztaty pisarskie. Jakie ćwiczenie zaproponowałaby Pani osobom starszym, które chcą zacząć spisywać wspomnienia?

Lubię metodę białego pokoju, która sprawdza się w sytuacji, gdy nie jesteśmy w stanie wybrać ze swojego życiorysu najciekawszego elementu, gdy w głowie kłębią się nam różne pomysły. Wtedy należy sobie wyobrażać białe pomieszczenie, jasne i nieumeblowane. Mogą w nim być np. rury wentylacyjne albo kaloryfery. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy wewnątrz i poczekajmy, aż do pokoju wejdzie bohater. Może to będzie dawny ukochany, zmarły mąż albo 13-letnia córka, taka jak ją pamiętamy sprzed lat. Uchwyćmy wszystkie odczucia związane z tym człowiekiem, jego zachowanie, słowa. To można potem rozpisywać na wiele sposobów np. w formie dialogu.

Kiedy ktoś chce spisywać wspomnienia musi zapomnieć o fabule?

Zapisywanie fabuły, choćby trywialnej, powtarzalnej, jakby wziętej z „Ojca Mateusza” i maskowanie się pod postaciami, działa na niektórych bardzo dobrze. Pracowałam kiedyś z lekarzem anestezjologiem – najpierw był bardzo niezadowolony, bo trafił na warsztaty z pisania powieści, a chciał spisywać wspomnienia. Ale tak się wciągnął, że do wymyślonej przez siebie fabuły wplatał to, co sam przeżył. I to się wspaniale czytało! Postać, którą stworzył, była jego alter ego. Warto pamiętać, że nie każdy ma taką pewność siebie, by pisać „ja” i „mój”. Dla niektórych to zbyt ekshibicjonistyczne, zbyt odważne. Czują wtedy, że nie mogą opowiedzieć żadnej „złej” historii. Ich teksty stają się przez to drętwe, a język pompatyczny. Chcą, by wszystko wyglądało lepiej, niż w rzeczywistości. A ja odradzam pokazywanie siebie jako pomnika, choć to takie polskie. Na zagranicznych kursach creative writing, w których brałam udział, zachęca się ludzi, by ujawniali swoje tajemnice, to jest naprawdę ciekawe.

Niektórzy pisząc, wpadają w słowotok.

W takiej sytuacji mówię: „wymyśl opowieść, która jest twoim życiem, popatrz na swoje życie, jakby to była książka”. Wtedy łatwiej się zdyscyplinować. Czasem zdarza się, że ktoś zupełnie nie ma talentu, choć jest bardzo zdeterminowany. Z taką osobą trzeba popracować nad „krzakami”, czyli elementami, które muszą być z tekstu wykarczowane. Zauważyłam, że kobiety w swoje opowieści często wkładają mnóstwo szczegółów – jedno wynika z drugiego, pączkuje, powstaje konstrukcja szkatułkowa, gubi się wątek. Z kolei mężczyźni częściej poprzestają na samych konkretach, w ich tekstach brakuje emocji. Dla nich ważne jest to, że załatwili bony rodzinie. Zapytani o to, co wtedy czuli, mówią, że o tym nie warto pisać, bo to przecież oczywiste. A to nieprawda. Są też osoby, które bardzo się męczą w czasie pisania. Im radzę znaleźć osobę, z którą będą rozmawiać i niech to ona notuje.

Od czego zacząć?

Trzeba znaleźć temat. Wiedzieć, o czym chce się pisać, mieć coś do opowiedzenia. Do własnego życia nie mamy dystansu, więc dobrze porozmawiać z kimś, kto nas ukierunkuje, pomoże odszukać punkt zwrotny, który będzie ciągnął całość. Jeśli będzie to element intymny – historia nas poniesie. Kluczowe jest wybranie momentu, w którym opowieść startuje. Trzeba też zdecydować, kiedy się skończy. Jedna z uczestniczek moich warsztatów wymyśliła, że końcówkę dopisze jej wnuk, już po jej śmierci.

W „Maszynie do pisania” deklaruje Pani, że pisarz to najpierw rzemieślnik, potem artysta. A więc z pisaniem lepiej nie czekać na natchnienie? Czy ono w ogóle istnieje?

Na pewno jest coś takiego jak magia pisania. Ale czym jest natchnienie? Jeśli jest rodzajem olśnienia czy bodźca, który sprawia, że ktoś przystępuje do pisania, to trzeba na nie zasłużyć ciężką pracą. Doradzam, by na początku pisać 15 minut dziennie, notując choćby dwa zdania. Najlepiej zawsze zaczynać o tej samej porze, wtedy, kiedy się najlepiej czujemy. Jak ktoś wcześniej ogarnie wnuki, odbędzie kilka wizyt lekarskich, ugotuje obiad i posprząta, pewnie nie da już rady. Na początku to będzie koszmar, ale trzeba wypracować rutynę. Wielcy pisarze, którzy weszli do kanonu literatury, nie czekali na wenę twórczą, tylko pisali cyklicznie. Radziłabym też założyć tajny dzienniczek i notować w nim wszystko to, co się wokół nas dzieje, ale w sposób bardziej literacki, tzn. nie w punktach od myślników: „trzy kilo ziemniaków” i „apteka koło domu nieczynna”. Chyba, że ktoś tak pisze i to jest rodzaj świadomie wybranej kompozycji. Dobrym sposobem jest też noszenie ze sobą notatnika – wtedy nawet jak się siedzi w kolejce do lekarza, można się oddawać natchnieniu. Ale najważniejsze jest to, że tak jak się regularnie płaci na poczcie rachunki, tak trzeba regularnie, każdego dnia, znaleźć kwadrans na pisanie. I natchnienie zacznie przychodzić. Musimy na nie zasłużyć pracą, dyscypliną, rutynowymi działaniami. To one przynoszą efekt w postaci pocałunku muzy.

>> powrót na początek strony <<

Zadanie jest współfinansowane ze środków otrzymanych od Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w ramach Rządowego Programu na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych na lata 2014-2020

Rządowy Program na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych na lata 2014-2020