logotyp

Wyłuskuję codzienność

Anna Włodarczyk jest autorką książki „Zapach truskawek. Rodzinne opowieści”. Od 2007 r. prowadzi bloga Strawberries from Poland.Fot. Jacek Łagowski

O smaku miętusów od prababci Janinki, nieprzeprowadzonych rozmowach, zeszycie z przepisami cioci Loli i plamach z jedzenia na pożółkłych kartkach opowiada Anna Włodarczyk, autorka książki „Zapach truskawek. Rodzinne opowieści”Rozmawiała: Anna Błaszkiewicz

„Zapach truskawek” to zbiór rodzinnych opowieści i przepisów na pyszne potrawy, pełen smaków, zapachów i kolorów. Mnóstwo tu też przedmiotów, które przywołują wspomnienia. Najważniejszy jest chyba stół, wokół którego krąży cała historia. Jaki jest Twój stół?

Okrągły, drewniany, z pięknie wygiętymi nóżkami. Moja mama kupiła go na targu staroci za 60 złotych. Staram się zapanować nad tym, co się na nim dzieje, ale on żyje swoim własnym życiem. Piętrzą się na nim gazety, książki, zeszyty, notesy, leży na nim serwetka zrobiona na szydełku przez moją babcię, stoi kubeczek z ołówkami i kwiaty w wazonie albo doniczce. Choć mam biurko, najbardziej lubię pracować właśnie przy stole, przy którym jem posiłki. Przy stole najlepiej się też rozmawia.

Piszesz w swojej książce, że chcesz być ogniwem łączącym przeszłość z teraźniejszością i nosicielem historii. I dodajesz: „choć moja opowieść jest podziurawiona, nieskładna i pozbawiona chronologii, myślę, że udaje mi się przekazać jej sedno i osiągnąć najważniejszy cel: ocalić ją od zapomnienia”.

Nasze wspomnienia przecież też są niespójne, poszarpane, niepełne. Gdybym miała poczucie, że przez ten swój fragmentaryzm nie mają wartości, nie napisałabym książki. Wiedziałam, że nie dam rady zachować porządku chronologicznego, więc podzieliłam moją opowieść na cztery pory roku i poszukałam w swojej pamięci historii związanych z wiosną, latem, jesienią i zimą. Pracowałam przez kilka miesięcy, ale zrywami. Pisałam o tym, o czym akurat miałam chęć pisać, nie po kolei. Dopiero potem ta układanka złożyła się w jakąś całość. Najbardziej lubię tę opowieść, od której zaczęłam, o prababci Janince, czyli najstarszej osobie, którą pamiętam.

A pamiętasz smak miętusów, które prababcia nosiła w kieszeniach kamizelki?

Potrafię go sobie wyobrazić. Tak jak ich kolor, kształt, fakturę, opakowanie. Idealizuję pewnie ten smak z dzieciństwa, a może wymyślam go na nowo?

W swojej książce piszesz również o tym, co trudne, o relacji z ojcem. Tu też pojawiają się przedmioty z nim związane – drewniana fujarka, którą wystrugał, rower, szuflada pełna kartek, książka „Kompot z mirabelek”, którą napisał. One pomagają Ci opowiedzieć tę historię, są punktami zaczepienia?

One budują tę opowieść, są kluczowe. Jak rekwizyty w sztuce teatralnej. Odtwarzam je w swojej głowie i opisuję. Przedmioty z dzieciństwa pamięta się najlepiej, a wspomnienia o nich są niebywale plastyczne.

Bardzo przejmująco opowiadasz też o zbiorze pożółkłych karteczek zapisanych przez babcię i prababcię, na których były przepisy na makowce, torty, naleśniki, precelki. Trafiłaś na niego jako nastolatka?

Tak i nie doceniłam wtedy tego znaleziska, a ten plik przepisów potem zaginął, pewnie ktoś go wyrzucił. Stał się dla mnie symbolem wszystkich nieprzeprowadzonych rozmów, niewysłuchanych opowieści, nieodbytych spotkań. Wydaje mi się cenniejszy niż złoty pierścionek po babci. To poczucie straty cały czas we mnie tkwi – śni mi się, że te kartki odzyskuję, one płoną mi w rękach, nagle znikają. Nie mają oczywiście żadnej wartości materialnej, tylko sentymentalną. Babcia Marysia odeszła za wcześnie, nie zdążyłam z nią naprawdę porozmawiać, poznać jej zagmatwanych losów, a teraz nie ma już nikogo, kto mógłby pomóc mi je odtworzyć. Jej matka była Żydówką, ten wątek był w mojej rodzinie pomijany, a to niezwykle ciekawe.

Ale dostałaś od losu coś na pocieszenie – zeszyt z przepisami ciotki Leokadii.

Kilka lat temu, w czasie porządków na strychu, znalazła go mama mojego męża. Chciała ten notes wyrzucić, ale przypomniała sobie, że ja się bardzo interesuję kulinariami i tak do mnie trafił. A to niesamowity zeszyt – oprócz przepisów na kruche ciasteczka czy tort „Oleńka” jest tam mnóstwo życiowych porad, złote myśli, wycinki z gazet, odręczny rysunek ściegu krzyżykowego, kartki z ocenami uczniów, bo ciotka była nauczycielką. Mogłabym być antropologiem, bo lubię z takich drobiazgów wyłuskiwać codzienność, szukać jej między wierszami. Ten zeszyt, prowadzony od 1941 r., pokazuje osobowość cioci Loli. Choć nigdy jej nie poznałam, potrafię ją sobie teraz wyobrazić. Właśnie dlatego lubię przedmioty używane, które mają przeszłość. Aż strach pomyśleć, ile takich rzeczy ginie, bo ktoś uznaje, że to zwykłe szpargały i bezwartościowe rupiecie.

Rzeczywiście w książce często wspominasz o przedmiotach z historią – albumie ze zdjęciami, segregatorze z przepisami wycinanymi z pism przez Twoją mamę, starych sztućcach, młynku do kawy. Z drugiej strony dużo piszesz o potędze minimalizmu, o niegromadzeniu zbędnych rzeczy , porządkowaniu przestrzeni wokół siebie. Jak to pogodzić?

Trzeba znaleźć złoty środek. Ja dokonałam odkrycia, które mi bardzo w tym pomogło. Zaczęłam fotografować przedmioty, które kryły w sobie duży ładunek emocjonalny, a były zupełnie bezużyteczne. Dzięki świadomości, że mam je na fotografiach, łatwiej było mi się ich pozbyć. Tak udokumentowałam kartę z życzeniami komunijnymi, która wygrywała melodyjkę i kasety magnetofonowe, których nigdy nie będę już słuchać, a trzymałam je ponad 10 lat, bo z każdą z nich wiązała się historia jakiejś miłości, przyjaźni, rozczarowania. Ułożyłam je w rządku, zrobiłam im zdjęcie i to było nasze symboliczne pożegnanie. Taki los spotkał też misia – rozstałam się z nim, ale będę o nim pamiętać. Wychodzę z założenia, że jak dom jest zaśmiecony, umysł też jest zaśmiecony. Czym innym są stare, piękne przedmioty, a czym innym obrastanie w rupiecie.

A są rzeczy, których nigdy byś się nie pozbyła?

Stare książki kulinarne, zeszyty z przepisami i fotografie. Inne przedmioty są dla mnie mniej istotne.

Jaka jest najstarsza książka kucharską, którą masz w swoich zbiorach?

To „Kucharka litewska” Wincentyny Zawadzkiej z 1870 r. Dostałam ją rok temu od przyjaciółki, którą na jakiejś imprezie kulturalnej zaczepiła starsza pani i zaoferowała całą torbę starych książek. Ewa jest po polonistyce, kupiła je w ciemno i znalazła tam taką perłę. To z wielu względów najcenniejsza rzecz w mojej kolekcji, ponieważ jest też cudownym prezentem od bliskiej mi osoby. Wiem, że wcześniej „Kucharka litewska” należała do pani Alfonsowej Krzywej, bo jest w niej jej parafka i ex-libris jej męża. Książek kucharskich mam około trzystu, ale ta jest wyjątkowa.

W starych książkach kulinarnych też kryją się opowieści?

Najpiękniejsze w nich jest to, co między wierszami, te dopiski, notatki, plamy z jedzenia na pożółkłych kartkach. Widać, że ktoś żył z tymi przepisami, coś skreślił, zmienił, dodał, poprawił proporcje. Ja w swoich książkach też robię notatki, lubię, jak są trochę pomiętolone i przybrudzone. Największy komplement dla mnie, jako autorki, to zobaczyć, że moja książka żyje, a nie przykurzona stoi na półce.

>> powrót na początek strony <<

Zadanie jest współfinansowane ze środków otrzymanych od Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w ramach Rządowego Programu na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych na lata 2014-2020

Rządowy Program na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych na lata 2014-2020