logotyp

Opowieść z Pałacem w tle

Beata Chomątowska jest pisarką i dziennikarką, autorką „Stacji Muranów”, biografii „Lachert i Szanajca. Architekci awangardy”, powieści „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie” oraz książki „Pałac. Biografia intymna”. Jest też założycielką Stowarzyszenia Inicjatyw Społeczno-Kulturalnych „Stacja Muranów”.Fot. Jacek Łagowski

O historiach tak nieprawdopodobnych, że wydają się zmyślone, pisaniu po godzinach i czytaniu miejskich biografii opowiada Beata Chomątowska, pisarka i dziennikarka Rozmawiała: Anna Błaszkiewicz

Ciekawi Panią związek między człowiekiem a przestrzenią, która go otacza?

Kiedy pisałam swoją pierwszą książkę, czyli „Stację Muranów”, zadawałam sobie pytanie, jak ludzie, którzy mieszkają na terenie dawnego getta, na osiedlu-pomniku zbudowanym na gruzach i z gruzów, odnajdują się w tym miejscu. Czy mają świadomość tego, co tu było w przeszłości i co się wydarzyło? Jakie to ma dla nich znaczenie? I prościej – jak im się tu żyje? Ciekawiło mnie to także dlatego, że sama właśnie przeprowadziłam się z Krakowa do Warszawy i wynajęłam mieszkanie na Chłodnej, blisko kładki łączącej kiedyś dwie części getta. Czytałam „Getto warszawskie” Jacka Leociaka i Barbary Engelking, chodziłam po okolicy, chłonęłam ten klimat. Zastanawiałam się, czy na kimś, kto tu mieszka, historia tego miejsca w jakiś sposób osiada, czy może da się tu żyć tak, jakby nigdy nic. Dużo czasu zajęło mi zaakceptowanie faktu, że można się zupełnie nie przejmować przeszłością, żyjąc na terenie warszawskiego getta. Wcześniej sądziłam, że każdy musi jakoś świadomie czy podświadomie odczuwać jej ciężar i sobie z nim radzić. Ale teraz wiem, że to kwestia wrażliwości, którą ma się lub nie, lecz nie można jej wymagać od innych. Kogoś kompletnie ta część narracji może nie interesować – po prostu przyjechał na Muranów z drugiego krańca Polski, cieszył się, że dostał tu mieszkanie i nie zadawał sobie żadnych pytań.

W swoich książkach pokazuje Pani miejsca i budynki właśnie poprzez historie ludzi z nimi związanych. W przypadku Pałacu Kultury to był i Józef Sigalin, naczelny architekt Warszawy, i Hanna Szczubełek, pałacowa kronikarka. Ale w Pani opowieści pojawia się też mnóstwo postaci drugoplanowych, jak choćby John Kowalczyk, miliarder zza oceanu. W latach 90. chciał Pałac odkupić i przebudować, a potem zniknął, bo – jak się okazało – został w Teksasie zastrzelony przez mściwego teścia.

Ludzi interesują przede wszystkim inni ludzie. Jesteśmy zwierzętami społecznymi. Duński urbanista Jan Gehl w książce „Miasta dla ludzi” zanalizował to, na co zwracamy uwagę, kiedy poruszamy się po przestrzeni miejskiej, np. przed jakimi witrynami przystajemy. Z jego badań wynika, że szybko mijamy siedziby banków, ale w pobliżu ulicznych grajków czy wystaw sklepowych, na których są jakieś elementy życia codziennego, spędzamy więcej czasu. Oczywiście można opowiadać o architekturze technicznym, fachowym językiem, ale mnie zupełnie nie interesuje pisanie takich książek. Moim zdaniem najciekawsze jest to, w jak nieprawdopodobny sposób układają się ludzkie losy.

Taka opowieść, która wydaje się całkiem zmyślona, otwiera książkę o Pałacu.

Jest jak baśń z morałem o czterech braciach. Jeden chciał wybudować Pałac Rad w Moskwie, jego projekt został wyróżniony, a kiedy przyjechał pracować do Związku Radzieckiego, został uznany za szpiega, uwięziony i rozstrzelany. Drugi zginął w Charkowie. Najmłodszy to Józef Sigalin, który stał się pełnomocnikiem polskiego rządu do spraw budowy Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, wzorowanego na mitycznym Pałacu Rad właśnie. W „Stacji Muranów” taką nieprawdopodobną historią jest ta o losach Pinkusa Szenicera, który powrócił po wojnie na Muranów, by go odbudować. Bierut, który na plac budowy zawitał, po krótkiej rozmowie, obiecał mu mieszkanie. Na jego cześć Pinkus dał jednemu z synów na imię Bolesław. Sam został w końcu dozorcą na żydowskim cmentarzu przy Gęsiej, potem to właśnie syn z imieniem po Bierucie przejął tę funkcję. Ale losy Bolesława potoczyły się w bardzo zawikłany sposób, wystąpił np. w teledysku Leszka Bubla, kandydata na prezydenta, który wprost mówił o swoim antysemityzmie. To taka szkatułkowa historia, a jej osią są zdarzenia, które układają się, jak w dobrym filmie fabularnym.

Czasem oddaje Pani głos swoim bohaterom. O sobie mówią Rainer Mahlamaki, fiński architekt, autor projektu Muzeum Historii Żydów Polskich na Muranowie, Kamil Sipowicz, a w książce o Pałacu Elżbieta Michalska, która opiekowała się kotami tam mieszkającymi. Skąd ten pomysł?

Jestem zwolenniczką ożywiania narracji. Często narracja pierwszoosobowa także po prostu lepiej brzmi. Tak było w przypadku Kamila Sipowicza, artysty i chłopaka z Muranowa. Spacerowałam z nim po dzielnicy i nagrywałam jego opowieść. Uznałam, że żywy język najlepiej odda jego punkt widzenia. Z tego powodu lubię też w książkach dialogi. One są rzadko stosowane w polskim reportażu, jakby autorzy obawiali się, że wprowadzając je, mogą zafałszować rzeczywistość. Zaś autorzy anglojęzyczni często wykorzystują takie parafabularne zabiegi, które uatrakcyjniają przekaz.

To jak pracuje Pani nad swoimi książkami, by złożyć w całość te wszystkie skomplikowane, wielowątkowe ludzkie historie? Czy spędza Pani długie tygodnie w archiwach i bibliotekach studiując źródła historyczne? Czy przede wszystkim rozmawia Pani z ludźmi?

Zaczynam od przeczytania wszystkiego, co już na dany temat napisano, żeby nie kopiować pomysłów innych. A potem idę konkretnymi tropami, np. przeglądam archiwalne roczniki gazet według określonego klucza. Bardzo lubię ten etap, choć jest żmudną pracą. Pisząc „Stację Muranów” przestudiowałam na mikrofilmach w Bibliotece Narodowej roczniki kilku tytułów z lat 1949-1951 i z 1946 r. pod kątem informacji o tej dzielnicy. Często godzinami nie natrafia się na nic ciekawego, oczy bolą, ale w pełni rekompensują to chwile, gdy znajdzie się wzmiankę, tekst, zdjęcie, na które wcześniej nikt nie zwrócił uwagi – może stać się zalążkiem całej historii. W odniesieniu do oficjalnych przekazów z okresu PRL trzeba jednak uważać – często 90 proc. z nich było propagandą lub wręcz tworzeniem równoległej rzeczywistości. Warto zawsze konsultować się z historykiem lub znawcą danej tematyki. Sięgam też po źródła dotyczące poszczególnych wątków, np. w przypadku wątku moskiewskiego Pałacu Rad zagłębiłam się w historię Le Corbusiera, który też startował w konkursie architektonicznym na projekt tego budynku. Druga rzecz to spotkania z ludźmi – z bohaterami, ich rodzinami i przyjaciółmi. Nic ich nie zastąpi, tym bardziej, że ludzie z przedwojennego pokolenia już niestety odchodzą i to ostatni moment, by uzyskać relacje z pierwszej ręki, w dodatku kilku świadków tamtych zdarzeń. Pamięć ludzka bywa zawodna – często ta sama historia relacjonowana przez dwie różne osoby brzmi zupełnie inaczej. Czasem rozmawiam też z ekspertami w danej dziedzinie, np. z autorami specjalistycznych książek i staram się, by rozkodowali zawarte w swoich pracach informacje na użytek zwykłego czytelnika, który nie rozumie fachowego języka.

Jak długo pracuje Pani nad jedną książką?

Przez kilkanaście lat byłam dziennikarką ekonomiczną, teksty reportażowe pisałam po godzinach. To był trochę pragmatyczny wybór – wiedziałam zawsze, że będę zajmować się pisaniem, ale potrzebowałam stałego źródła utrzymania, naturalnym wyborem było więc dziennikarstwo. W działach kultury czy reportażu, co najbardziej mnie interesowało, długo czekało się na etat (kiedy jeszcze były etaty), do ekonomii nikt nie chciał iść, a ja skończyłam studia o takim profilu, więc bez trudu udało mi się przekonać pierwszego szefa, że będę właściwą osobą na właściwym miejscu. Potem już tak toczyło się dalej siłą rozpędu – nabywałam doświadczenia, zmieniałam redakcje. Potraktowałam dziedzinę, która nigdy nie była moją pasją, jak wyzwanie – starałam się zrozumieć zależności nią rządzące, a potem pisać o niej zrozumiałym językiem, w interesujący sposób. Ciągnęło mnie jednak do zupełnie innych tematów. Piętno wieloletniego zajmowania się ekonomią sprawiło, że nie przedstawiałam się jako pisarka, aż do trzeciej książki – wówczas uznałam, że jest to uprawnione. Taka transformacja nie jest łatwa, ale wiedziałam, że jeśli nie chcę zmarnować więcej czasu i zająć się tym, co zawsze naprawdę chciałam robić, musze się zawziąć, zacisnąć zęby. Materiał do tej pierwszej, czyli do „Stacji Muranów”, zaczęłam zbierać jeszcze przed rozesłaniem propozycji do wydawców. Praca nad książką zajęła mi cztery lata. Z biografią Pałacu poszło szybciej, bo trochę materiałów już miałam, np. o Józefie Sigalinie i Biurze Odbudowy Stolicy. Pracowałam nad nią dwa lata, ale już nigdy nie chciałabym pisać w takim tempie. Robiłam to z doskoku, wcześnie rano przed pójściem do pracy, wieczorami po pracy i we wszystkie weekendy. Kolejne książki na pewno powstaną w innym trybie – mam poczucie, że już odrobiłam czas stracony na ekonomię, choć nie żałuję tamtych doświadczeń, dzięki nim mam do wielu spraw dystans. Idealnie byłoby żyć tylko z pisania, mieć czas, by zastanawiać się nad każdym fragmentem, cyzelować go po kilka godzin. Choć z drugiej strony czasowe ograniczenia dyscyplinują. Inaczej mogłoby się okazać, że dążenie do perfekcji nie pozwala mi wyjść poza pierwsze zdanie o „smukłej amazonce, która jedzie alejkami Lasku Bulońskiego”, jak to się przydarzyło bohaterowi „Dżumy” Camusa.

Pochodzi Pani z Krakowa, a przywraca Pani pamięć o nieistniejącej Warszawie i o ludziach, którzy tu mieszkali i tworzyli, a zniknęli z naszej pamięci. Dlaczego?

Nic w tym dziwnego – przecież urodzenie i dorastanie w jakimś miejscu, nawet jeśli jest to Kraków, nie determinuje, że czyjeś życie będzie na zawsze z nim związane i nie zainteresuje się niczym innym. To samo odnosi się do Warszawy, którą również lubię, ale kto wie, gdzie znajdę się za rok czy dwa. Spojrzenie z zewnątrz na dane miejsce bywa świeższe, człowiek dostrzega często coś, co innym spowszedniało i nie zwracają na to uwagi. Z Warszawą było tak: studiowałam na Akademii Ekonomicznej w Krakowie (dziś to Uniwersytet Ekonomiczny), ale kompletnie tam nie pasowałam. Wybrałam europeistykę, jak wszyscy humaniści zagubieni na tej uczelni, i na szczęście moim promotorem został prof. Kazimierz Urban. Zajmował się mniejszościami religijnymi, wydał m.in. monumentalną pracę „Cmentarze żydowskie, synagogi i domy modlitwy w Polsce w latach 1944-1966”. On mnie w jakiś sposób uratował, gdy zastanawiałam się, jak rzucić kompletnie nieinteresujące mnie studia. Zaproponował, żebym napisała pracę o Festiwalu Kultury Żydowskiej na Kazimierzu, dodając podtytuł „wymiar wewnętrzny i międzynarodowy”, by temat w ogóle został zaakceptowany. Wtedy zaczęłam się interesować historią i kulturą Żydów w Polsce. Ale potem była długa przerwa – zostałam dziennikarką, trafiłam do działu ekonomicznego. Do Warszawy przeniosłam się w momencie pewnych zawirowań w życiu, chciałam zmienić mieszkanie i pracę. Nie znałam miasta, intrygowało mnie, postanowiłam więc zamieszkać w centrum, żeby wszędzie chodzić piechotą lub jeździć rowerem. Pierwsze mieszkanie, które mi się spodobało ze względu na swoją specyfikę, a nie lokalizację, było właśnie na Muranowie. Podczas spacerów dom-praca-dom zrozumiałam, że przecież znam wszystkie nazwy ulic i wiem, jak wyglądały na zdjęciach archiwalnych, gdy jeszcze było tu getto. Wtedy zaczęłam się zastanawiać, jak ludzie tu żyją i stąd się wzięła „Stacja Muranów”. Potem, żeby odpocząć od tego tematu, napisałam powieść „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie”, której pierwszy szkic powstał jeszcze wcześniej, od dłuższego czasu miałam tę historię w głowie i myślałam o jej opisaniu. To taka trochę autobiograficzna zabawa doświadczeniami z czasów, gdy mieszkałam w Holandii, gdzie pojechałam na stypendium programu Tempus. Naturalną kontynuacją „Stacji Muranów” stała się natomiast biografia awangardowych architektów z grupy Praesens – Bohdana Lacherta i Józefa Szanajcy. Z kolei napisanie książki o Pałacu zaproponowało mi Wydawnictwo Znak. Wiedziałam, że muszę na nią znaleźć swój własny pomysł. Poszłam tropem miejskich biografii pisanych przez anglojęzycznych autorów, które bardzo lubię. Jedna z nich to „Berlin Now” Petera Schneidera, który poprzez kilkadziesiąt historii pokazuje tożsamość Berlina po upadku muru, specyfikę i różne oblicza tego miasta. To był dla mnie najważniejszy punkt odniesienia.

Czy pokazując jedno miejsce – jeden budynek, jedną dzielnicę, ulicę, wieś – na przestrzeni lat, można opowiedzieć o przemianach historycznych, społecznych, obyczajowych, które miały miejsce w całym kraju?

Zdecydowanie. To świetnie widać na przykładzie Pałacu Kultury, który ze swoją pokręconą, bałaganiarską, dziwną, ale fascynującą historią, jest Polską w pigułce. W nim się wszystko w jakiś nieprawdopodobny sposób skupiło, jak w soczewce. Jest nurt oficjalny – propaganda, pochody, wizyty oficjeli, jest i kontrkultura – festiwal młodzieży, Jazz Jamboree i koncerty w Sali Kongresowej, nie tylko ten Rolling Stonesów. Potem przychodzi stan wojenny, porządku na piętrach pilnują żołnierze z bronią, którzy wdają się w romanse z pracownicami Pałacu. W toaletach trwa pokątny handel mięsem, w pomieszczeniach PAN-u jest szmuglowana bibuła. Po 1989 r. wokół gmachu wyrasta wielki bazar, a próby „zrobienia czegoś” z Pałacem, pokazują nasze kompleksy względem Zachodu. Ten budynek jest trochę jak mieszkanie, w którym przez lata się wszystko nawarstwiało. Mimo że był w Warszawie obcym tworem, stał się naszym lustrem.

Polacy pisali też do niego listy.

I ciągle piszą. Hanna Szczubełek, pałacowa kronikarka, najciekawsze trzyma w teczce z korespondencją nietypową. Ludzie postrzegali ten budynek jako siedzibę najwyższych władz, co zresztą świetnie wpisuje się w antropologiczną interpretację symboliki Pałacu jako środka świata, świętego słupa, świeckiej świątyni. Bardzo dziwny jest np. list od właściciela radyjka Sonatina, w którym urwał się drucik. Ktoś temu Panu powiedział, że w Warszawie jest „Archiwóm”, w którym takie radia są skupowane. Pałac w jego oczach stał się więc miejscem, w którym jest wszystko, takim baśniowym zbiorem rzeczy zaprzeszłych. Ale pisały do Pałacu też dzieci z prośbą o podarki, bo uważały, że właśnie tu mieszka św. Mikołaj. Pisali naukowcy. Był pan, który chciał stworzyć wielki model Pałacu z zapałek, inny prosił o zakwaterowanie w budynku, w związku z prowadzonymi przez siebie badaniami nad piorunami. Ktoś chciał, by ukarano jego sąsiada, który zabrał mu miedzę, ktoś prosił o interwencję samego „Toważysza Edwarda Gierka”. Listy są zawsze fascynującym materiałem, bo dają możliwość podejrzenia czyjejś prywatności, dotknięcia relacji międzyludzkich.

A czy miała Pani sygnały, że ktoś po przeczytaniu którejś Pani książki nie tylko czegoś się dowiedział, ale też coś zrozumiał?

Sporo było takich reakcji po „Stacji Muranów”. Czasem prowadzę spacery po tej dzielnicy i zdarza się, że na końcu podchodzą do mnie właśnie takie osoby. To przeważnie młodzi ludzie, choć zdarzyła się i starsza pani, która tu mieszkała, a nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, co to za miejsce. Skontaktowała się też ze mną wnuczka architekta Maksymiliana Goldberga, córka jego syna Piotra, który zmienił nazwisko i odciął się od żydowskich korzeni. Jej dziadek zginął w getcie, ojciec ukrywał się u rodziny Lachertów na Saskiej Kępie. Ona teraz, jako osoba dorosła, próbuje zrekonstruować tę część rodzinnej historii, o której dowiedziała się ze „Stacji Muranów”. To są momenty, w których widzę, że moja książka żyje w dobry sposób i czuję sens tego, co robię.

>> powrót na początek strony <<

Zadanie jest współfinansowane ze środków otrzymanych od Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w ramach Rządowego Programu na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych na lata 2014-2020

Rządowy Program na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych na lata 2014-2020