logotyp

Musi być jakaś historia

Magdalena Grzebałkowska jest reporterką, autorką książki „1945. Wojna i pokój”, biografii ks. Jana Twardowskiego „Ksiądz Paradoks” oraz biografii „Beksińscy. Portret podwójny”. Ukończyła historię na Uniwersytecie Gdańskim.Fot. Jacek Łagowski

O tym, czy tryb przypuszczający jest dozwolony, co można wyczytać z ogłoszeń drobnych i dlaczego reporter musi mieć szczęście opowiada Magdalena Grzebałkowska Rozmawiała: Anna Błaszkiewicz

O czym miała być książka „1945. Wojna i pokój”? O radości z zakończenia wojny?

Zakładałam tylko, że to będzie zbiór reportaży. Wiedziałam, że to był trudny rok, ale nie myślałam, że aż tak straszny. O radości w ogóle nie było mowy. A naiwnie trochę wierzyłam, że jak 8 lub 9 maja – w zależności od strefy czasowej – skończyła się wojna, to potem już było lepiej. Jak wszyscy oglądałam przecież w dzieciństwie „Samych swoich” i „Czterech pancernych”.

Książkę zadedykowałaś babci Władysławie, która w 1945 r. miała 19 lat. To dla Ciebie ważne, by znać rodzinne historie?

Od dziecka miałam w sobie taką ciekawość. Wtedy wypytywałam obie moje babcie, jak było w ich dzieciństwie. Teraz żyje już tylko jedna z nich, ma 89 lat i nadal bardzo lubi opowiadać. Jak mieszkasz na Ziemiach Odzyskanych i jesteś wnuczką osadników, nie masz nagrobków pradziadków w swoim miejscu, tak jak ja, to czujesz się wykorzeniona. Te historie były dla mnie strasznie ważne – żebym wiedziała, skąd jestem. Próbowałam podświadomie tę swoją tożsamość budować. W książce też chciałam napisać o babci Władzi, ale ona w 1945 r. była jeszcze w obozie pracy w Niemczech, więc w pierwszej chwili odrzuciłam jej historię, bo nie była o Polsce. Dopiero potem, kiedy się tak bardzo dużo o 1945 r. nauczyłam, zrozumiałam, że setki tysięcy Polaków były w tamtym czasie w Niemczech, więc tam też była Polska. Ale już nie było czasu. Więc tylko zadedykowałam jej książkę. Ucieszyła się.

Długo pisałaś tę książkę?

Bardzo krótko. Miałam na to kilkanaście miesięcy. To było szaleństwo, karuzela, rok wyjęty z rzeczywistości. Najpierw wyliczyłam sobie, że mam miesiąc na zrobienie jednego reportażu, więc mnóstwo czasu. A to bzdura! Dopiero po pół roku zaczęłam trafiać na dobre tematy. Najpierw szukałam ludzi, którzy pamiętają 1945 rok. I to był błąd. Szłam od człowieka do człowieka, rozmawiałam. Ponieważ bardzo chciałam napisać o Sopocie, spotkałam się np. z panem, który stąd pochodzi, a wojnę spędził w Lublinie. Przyznali im tam do mieszkania zakład pogrzebowy i oni przez kilka pierwszych dni, zanim zorganizowali łóżko, spali w trumnach. Świetna opowieść, ale nie udźwignie reportażu. W nim musi być jakaś historia. A jak dodatkowo masz taki ograny temat, o którym przez ostatnich 70 lat powstało miliard tekstów i filmów, to bierzesz taki temat do ręki i go obracasz z różnych stron. I myślisz, z której strony on jest najmniej ograny. Wtedy widzisz, że najpierw musisz szukać pomysłów, a potem ludzi. A to strasznie trudne, bo jak np. taką szabrowniczkę znaleźć?

No właśnie? Jak?

W życiu w totolotka nie wygrałam, ale mam reporterskie szczęście. Siedziałam z dziewczynami z „Wysokich Obcasów” w kawiarni w budynku „Gazety Wyborczej” i użalałam się, że nie mogę znaleźć bohaterki. Przy stoliku obok siedziała dziewczyna, której nie znałam. Skończyłam zrzędzić, poszłam do Pawła Goźlińskiego dalej narzekać, a u niego była ta sama dziewczyna, która mi mignęła w kawiarni. Przedstawiłyśmy się sobie i ona mówi: „Wiesz, ja cię podsłuchiwałam”, a potem: „Bo ja mam babcię szabrowniczkę”. I za chwilę już jechałam do pani Niusi do Suwałk. To jest szczęście reportera! Możesz pisać jak sam król, ale jak nie masz takiego szczęścia, pisz powieści.

A sam temat?

Strasznie trudno było unieść te historie. Od 18 lat piszę reportaże, ale jak pisałam o ks. Twardowskim czy o Beksińskich, nie było mi się łatwo zidentyfikować z bohaterami. A tu to było takie proste, każdy z nas mógłby przeżyć ten 45 rok. Zresztą ta książka cieszy się popularnością także z tego względu, że każdego dotyczy. Jak pisałam o dzieciach żydowskich z domu dziecka w Otwocku, to wszystkie były moją córeczką. Tak łatwo było przejąć na siebie ich cierpienie, strach, ból. Nie wiem, czy to jest profesjonalne? Czy reporter musi być zawsze zimny? Chyba nie. Potem tylko w czasie pisania trzeba tego chłodu, żeby nie polecieć w przymiotniki, które są zabójcze dla reportażu. Żadnej egzaltacji. Redaktor „Głosu Wybrzeża”, z którym pracowałam w 1996 r., pan Albert Gochniewski, mówił: „Tekst skrócony o połowę, zyskuje w połowie na wartości”. Tylko jak w ten sposób napisać o domu dziecka? Jego wychowankowie, dziś dorośli ludzie, mówili, że trzymają za mnie kciuki, ale mi się to nie uda. Bali się, że popłynę w banalność, będę się litowała nad nimi. Potem powiedzieli, że są zadowoleni z efektu. Dlatego nie radzę pisać, że ktoś był w rozpaczliwej sytuacji, tylko opisać w jakiej. To szczegół buduje historię.

A jak wymyśliłaś strukturę książki, ten podział na miesiące?

To wyszło przypadkiem. Mam taką niewiarę w siebie, że za każdym razem, jak zaczynam coś nowego, to myślę: „Tym razem się wyda, że nie umiem pisać”. Więc tylko sobie założyłam, że chcę objąć reportażami całą Polskę – i Ziemie Odzyskane, i Kresy. Z tym ostatnim zresztą nie zdążyłam. Ale od początku wiedziałam, że będę chciała wykorzystać ogłoszenia drobne i to one tak pięknie ułożyły książkę. Pomysłów zresztą było sporo, bo jak piszę, to bardzo dużo o tym pisaniu gadam i zawsze ktoś coś podpowie. A są i tacy, co nigdy nic nie mówią. Każdy ma swoją koncepcję. Ja np. nie zacznę pisać, jak nie mam pierwszego zdania i wszystko za nim idzie. Często zresztą potem je zmieniam. Ale muszę je mieć. Potem idę w mgłę i samo się tworzy. Inni robią bardzo dokładny schemat albo np. zaczynają od środka. Kompletnie nie ma przepisu na pisanie. Jest tylko jedna zasada – trzeba zaciekawić czytelnika.

Te ogłoszenia to sposób na zaciekawienie?

Jestem fanką ogłoszeń drobnych. Już jako dziecko lubiłam je czytać. Są najlepszym dokumentem epoki. Jak chcesz coś opowiedzieć o dniu urodzin bohatera, sięgasz do ogłoszeń z tego dnia. To tak banalne i ograne, ale jednocześnie fajne. Ja to sobie podpatrzyłam u Agaty Tuszyńskiej w jej „Singerze”, ale tysiące osób z tego korzystało. Reportaż zawsze jest subiektywny, staram się jak najbardziej oddać fakty, ale one są i tak zawsze przeze mnie przetrawione. Oczywiście ogłoszenia też są przeze mnie wybrane, ale choćbym napisała tysiąc reportaży, nic tak nie pokaże roku 1945, jak te ogłoszenia. Ten strach, tragedie, poszukiwanie bliskich, ale też zagubionych piesków. Tak sobie człowiek myśli, że w tamtych warunkach los zwierząt był ludziom obojętny, a tu się okazuje, że wcale nie.

„Wszystko co mi zostało to brunatna suczka owczarka z obrożą. Zaginęła między Polną a Mokotowską. Serdecznie proszę o zwrot”. Ale też: „Siwe włosy farbuję. Rozjaśniam”, a obok „Oddam za swoje, niemowlę, dziewczynkę dobrej rodzinie”.

Cały czas ryczałam na tych ogłoszeniach. One również pokazują, jak bardzo ludzie chcieli żyć – te wszystkie trwałe ondulacje z gwarancją, wróżki i chiromanci albo otwarcie kawiarni Piekiełko. To genialne. Polecam. Jak ktoś ma lukę w pamięci albo ważny dla siebie dzień do opisania, niech idzie do biblioteki i sprawdzi w starych gazetach, co się wtedy działo. Może się okazać, że np. tego dnia Bierut szedł w procesji Bożego Ciała i trzymał nad księdzem baldachim. Coś niebywałego z późniejszego punktu widzenia.

„Adolf Hitler ściska dłoń prezydenta Hindenburga i zostaje kanclerzem Rzeszy, płonie budynek Reichstagu, a Werner kończy cztery lata i z bratem obserwuje przez okno ulicę. Jest już rok 1933”.

Przecież to tak łatwo było znaleźć w internecie! A chciałam pokazać, jak bardzo postępowanie Hitlera, człowieka, o którego istnieniu taki mały chłopiec jak Werner nawet nie wiedział, wpłynęło na jego losy. Mnie zawsze interesują ludzie zwykli, ostatnie ogniwo łańcucha pokarmowego. Ci, którzy nie mają wpływu na nic, ale wszystkie burze mają wpływ na nich.

O przeszłości zwykle piszesz w czasie teraźniejszym.

To zbliża do tematu. Uwielbiam czas teraźniejszy u Bogusława Wołoszańskiego, on to fantastycznie robi: „Jest 12 grudnia 1945 roku. Zima”. Kiedy rdzeniem naszej historii jest czas teraźniejszy, można z powodzeniem stosować czas przeszły, opowiadając o tym, co było wcześniej i oczywiście przyszły, np. kiedy bohaterka jedzie na Ziemie Odzyskane, a jeszcze nie wie, że za 20 lat to będzie jej ukochane miejsce. Ale oczywiście pisać można i w czasie przeszłym, tylko wtedy łatwiej się pogubić.

A co z trybem przypuszczającym, kiedy w historii są jakieś luki i próbujemy je zapełnić?

Z tym trzeba być ostrożnym i lepiej mieć do tego jakąś podstawę. Fajnie stosuje to Magda Kicińska w „Pani Stefie”, bardzo polecam tę książkę. O jej bohaterce, Stefie Wilczyńskiej, kompletnie nic nie wiadomo, a Magda dokonuje cudu i przywraca jej właściwe miejsce w historii obok Janusza Korczaka. Magda, tam gdzie nie ma nic, stosuje właśnie tryb przypuszczający, np. wyobraża sobie pewne sceny. Jak ktoś spisuje wspomnienia, np. o podróży na Ziemie Odzyskane, której nie pamięta, bo miał wtedy 5 lat, może się tym zabiegiem posłużyć i zastanowić, o czym wtedy myślała jego nieżyjąca już mama? Jak ogarnęła tę rzeczywistość? Co czuła? Tu tryb przypuszczający jest dozwolony.

Wspomniałaś też o zdjęciach. One dużo wnoszą do historii?

Uwielbiam zdjęcia. Opisana przeze mnie historia pierwszego powojennego prezydenta Wrocławia, Bolesława Drobnera, została zbudowana właśnie na fotografiach. Z nich można wszystko wyczytać. Na przykład to zdjęcie, na którym Drobner jest z córką, żoną i bratową. Po pierwsze wiem, gdzie zostało zrobione, bo pieczątka atelier „Adela” jest na odwrocie. Sprawdzam, że to tuż przy domu Drobnerów. Powiększam zdjęcie i już widzę, że Luba, żona Drobnera, elegancka, ma srebrną zapinkę. Wiem, że jej dziadek był jubilerem, więc domyślam się, że może mieć ją od dziadka. A jak wygląda Drobner? Na zdjęciu ma 31 lat, ale przez to ubranie i wąsiska wygląda na sześćdziesiąt. Widzę, że ich córeczka jest podobna do matki. Ta córeczka umrze, mając lat 35. Tak buduję opowieść. Uwielbiam też zdjęcie z maja 1945 roku, na którym obok Drobnera stoją radzieckie żołnierki w białych skarpetkach. Mają karabiny, ale wyglądają jak harcerki. Te białe skarpetki to taki szczegół, ale dla mnie cudowny. Wystarczyło wziąć lupę.

Piszesz: „Może znam taki śnieg i lód. Ale nigdy nie wyłam z rozpaczy nad przeręblą, do której przed chwilą wpadły moje dzieci. Nie wiem więc, czy mam prawo mówić, że potrafię sobie wyobrazić, jak było zimą 1945 roku”. Czy my w ogóle jesteśmy w stanie zrozumieć, co się wtedy działo?

Da się o tym opowiedzieć, zrozumieć się nie da. Dzięki tej książce nauczyłam się, żeby nie oceniać.

>> powrót na początek strony <<

Zadanie jest współfinansowane ze środków otrzymanych od Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w ramach Rządowego Programu na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych na lata 2014-2020

Rządowy Program na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych na lata 2014-2020