logotyp

Moda jest jak muzyka

Aleksandra Boćkowska to dziennikarka, redaktorka, autorka książki „To nie są moje wielbłądy”. Jest freelancerką, feministką i cyklistką. Pracuje właśnie nad książką o luksusie w PRL-u.Fot. Jacek Łagowski

O sztruksowych sukienkach, kobiecie odnalezionej na Kubie i dżinsowej kurtce z Pewexu za 21 dolarów opowiada Aleksandra Boćkowska, dziennikarka i autorka książki o modzie w PRL-u Rozmawiała: Ola Rzążewska

Skąd się wziął pomysł na książkę, która opowiada o modzie w PRL-u?

Napisanie takiej książki zaproponowało mi wydawnictwo Czarne. Ja akurat od kilku lat zajmowałam się redagowaniem pism o modzie – najpierw „Elle”, potem magazynu „Viva! Moda”, natomiast dziennikarskie doświadczenie zdobywałam w „Gazecie Wyborczej” i „Newsweeku”. To mi pozwoliło traktować modę „po dziennikarsku”, szukać tam tematów ciekawszych niż ubrania. Tak starałam się napisać moją książkę. Chciałam, by mówiła o tym, dlaczego ubrania były wtedy tak ważne i opowiadała w co najmniej równym stopniu i o nich, i o PRL-u.

Seniorki uczestniczące w naszych warsztatach pisarskich często mówią: „Oj, z ubraniami to były niezłe cyrki i mam sporo wspomnień z nimi związanych”. Czy w Twojej rodzinie też takie historie przetrwały?

Raczej niewiele. Mama oczywiście stała w kolejkach, potrafiła sobie „wychodzić” różne rzeczy, ale chyba nic sobie nie szyła. Co prawda po sąsiedzku była krawcowa, ale ona zajmowała się raczej przeróbkami – z dzieciństwa nie pamiętam szytych ubrań. Mam za to takie rodzinne zdjęcie z końca lat 70., na którym jestem z rodzicami – my z matką mamy na sobie kożuchy do kostek, a ojciec – do kolan. Nie wiadomo, skąd wziął się mój, matka, która jest drobną osobą, weszła kiedyś do sklepu, a tam był jeden jedyny egzemplarz – tak mały rozmiar, że nie było chętnych, więc go kupiła. A kożuch ojca był bułgarski i został kupiony dzięki znajomościom. Wszyscy też mieliśmy Relaksy – oczywiście nie na tym zdjęciu, bo te buty pojawiły się chwilę później. Gdy byłam w pierwszej klasie podstawówki, to któregoś dnia wróciłam do domu w nie swoich butach – nie wiem po czym rodzice to poznali, bo były identyczne, czarno-czerwone. Pamiętam, że tata miał srebrne, a mama żółte. Nic dziwnego, że potem nie miałam serca do mody z tego okresu, skoro te zapamiętane przedmioty były takie straszne. Jeszcze mi się przypomina moja wyśniona kurtka dżinsowa, która się potem okazała kurtką z Pewexu firmy Montana – jak dziś pamiętam, że kosztowała 21 dolarów. Był 1987 r., a zakup kurtki poprzedzony był dwuletnim marudzeniem. W niczym nie przypominała katanki Levisa, o której tak naprawdę marzyłam, ale która była już za droga.

To, co w Twojej książce najbardziej przyciągnęło moją uwagę, to ten drugi obieg ubrań, czyli chodzenie na ciuchy.

Za moich czasów ciuchów nie było już na Pradze, tylko w Rembertowie, gdzie nigdy nie pojechałam. W 1989 r. miałam 16 lat, a te ciuchy kojarzyły mi się z tandetą. Lata 80. stały zresztą pod znakiem ohydnej tureckiej mody, pamiętam z dzieciństwa znajomą, która właśnie z Rembertowa przywoziła sobie dekatyzowane dżinsy, zwane marmurkami. Dla mnie to był szczyt obciachu.

W książce opisałaś warszawskie bazary, na które jeździło się w latach 50. i 60. – najpierw ciuchy były na bazarze Różyckiego, potem na placu Szembeka, wreszcie na targowisku w okolicach Skaryszewskiej i Lubelskiej. Co tam można było kupić?

Wszystko, czyli używane ubrania, które przychodziły w paczkach do góralskich rodzin od krewnych ze Stanów. Dlatego najlepszy bazar z ciuchami, który stał się wręcz legendą, był w Nowym Targu. To tam jeździli „ciucharze” warszawscy i kupowali ubrania lekko już przebrane, ale w sumie jedynie lekko, bo jednak ośrodkiem mody była Warszawa, a nie Podhale. Nikt niczego nie rozwieszał na wieszakach, cała zabawa była w tym, by ze sterty ubrań wygrzebać coś dla siebie. Były „baby ciuchary”, które jedne klientki lubiły, a innych nie, potrafiły komuś czegoś nie sprzedać, np. zawyżając cenę, aż ta osoba rezygnowała. Było to też miejsce spotkań towarzyskich, gdzie faceci przychodzili patrzeć na dziewczyny i na odwrót.

Podobno przyjeżdżały tam wycieczki krajowe i zagraniczne, żony działaczy partyjnych i ważnych dyrektorów. Wszyscy chcieli rzeczywiście coś kupić czy raczej się pokazać?

Pewnie chodziło o jedno i drugie, ale to pokazywanie się było naprawdę bardzo ważne. W filmie „Małżeństwo z rozsądku” ktoś pyta o bohaterkę, a inny odpowiada: „Jak wszystkie dziewczyny z dobrego domu – jest na ciuchach”. Trafiłam na wspomnienie arystokratki Zeneidy z Zamoyskich, która na bazarze Różyckiego spotkała swojego przyszłego męża Krzysztofa Poklewskiego-Koziełła. Poznali się na jakimś przyjęciu, a parę miesięcy później spotkała go przypadkowo na Różycu, gdzie – jak opisuje – „tylu znajomych się widywało”. Kupował angielską kurtkę. Wkrótce potem zostali parą na poważnie. To rzeczywiście było miejsce spotkań, flirtowania, ale też zdobywania ubrań, których – to ryzykowne, co teraz powiem – główną wartością było to, że przyjechały z zagranicy, a zwłaszcza z Ameryki. W PRL-u zagraniczne przedmioty cieszyły się wielką estymą, ponieważ było ich bardzo mało. Więc te ubrania nie były nawet modne, bo miały już co najmniej kilka lat. Na ciuchach można było kupić dżinsy, skórzane płaszcze i battle dressy – czyli krótkie kurtki po amerykańskich żołnierzach. Te dwie ostatnie rzeczy pojawiają się w książkach niemal wszystkich literatów z tamtego czasu. To była moda, która rodziła się sama, nie była dyktowana przez gazety, trendy, tylko wynikała z możliwości, ale też nieco z buntu wobec rzeczywistości.

Skąd Polki wtedy dowiadywały się, co jest modne?

To właśnie mnie zastanawiało. Pytałam wiele osób i najczęściej mi mówiono, że z modą jest jak z muzyką, przechodziła przez żelazną kurtynę i to się po prostu wiedziało. Ale na pewno „Przekrój” miał wtedy rolę cywilizacyjną, jak pisze Justyna Jaworska w swoim doktoracie na temat tego pisma. Ale skąd Barbara Hoff, która pisała tam o modzie, wiedziała w latach 50., co jest modne, to zagadka.

Od 1954 r. „Przekrój” publikował jej porady, m.in. jak zrobić ze spodni spódnicę.

Ten pomysł to jest wynalazek z czasów wojny – facetów nie było w domach, a kobiety zostawały z ich ciuchami i je przerabiały. Ale skąd Barbara Hoff znała trendy, skąd wiedziała, jak się zmienia talia w kolejnych sezonach? Oczywiście do redakcji „Przekroju” w Krakowie przychodziło „ELLE” – i choć ona mieszkała w Warszawie, to w końcu do niej trafiało. Opowiadała mi, że wystarczyło jej raz przejrzeć magazyn albo nawet zobaczyć kawałek zdjęcia. Umiała to dzięki znajomości historii sztuki. Była przewodniczką kobiet po modzie „niby paryskiej” i radziła, jak przerobić rzeczy dostępne, na wersję modniejszą. W tej dziedzinie stała się mistrzynią – jej pomysłem były słynne trumniaki, czyli farbowane na czarno tenisówki, z których wycinało się język i miejsce na sznurówki, uzyskując baleriny. I jeszcze jej kolejny patent – w sklepach sportowych były wtedy bluzki wiązane z tyłu, więc ona zalecała, by wiązanie wyciąć i nosząc ubranie tył na przód, cieszyć się obcisłą, modną bluzeczką z dekoltem. Zakładało się je do rozkloszowanych spódnic, do których kobiety szyły sobie halki, wykorzystując jako tworzywo tkaninę, z której robiło się siatki na muchy.

Ale chyba nie tylko „Przekrój” pisał o modzie?

Oczywiście, zajmowały się tym też pisma popularne, które pomijam w książce, bo chciałam zrobić jasne rozgraniczenie między modą a odzieżownictwem. Nie wszystko, co ludzie noszą, jest przecież modą. „Przyjaciółka” miała wtedy milion czy dwa miliony nakładu i tam było dużo porad, a o modzie pisały nawet gazety codzienne. W „Życiu Warszawy” Jerzy Antkowiak albo któraś z projektantek z Mody Polskiej co tydzień rysowali modny fason. Zresztą jak pojawiała się nowa kolekcja Mody Polskiej, to relacjonowano ten fakt także w „Trybunie Ludu”. Moda była tematem, którym interesowały się tzw. poważne gazety, ale polskie kobiety nie do końca wiedziały, co jest modne. Często wybierały intuicyjnie.

Ale przecież pewne światowe trendy pokrywają się z tym, co w Polsce było modne!

Rzeczywiście. Zwłaszcza te silne trendy przybywały do nas ze świata niemal natychmiast. W latach 50. były to rozkloszowane spódnice na halce, w latach 60. – mini. Franciszek Starowieyski opowiadał, że wrócił w 1966 r. z Paryża, który przyjął mini z rezerwą, a cała Warszawa chodziła już w takich spódniczkach. Moim zdaniem wynikało to także z tego, że taką spódnicę było bardzo łatwo zrobić. Prawdopodobnie modne Polki miały też skłonność do przesady – trafiłam na sporo takich opowieści, z których wynikało, że przed wyjazdem do wymarzonego Paryża, stroiły się u krawcowych. A na miejscu się okazywało, że wyglądają jak przebrane i musiały zarobić trochę pieniędzy, żeby kupić tani sweterek, zwyczajne spodnie i wyglądać jak paryżanki.

Wtedy też na modową scenę i do Cedetu (Centralnego Domu Towarowego w Warszawie) wkraczają wreszcie ubrania Barbary Hoff. Bożena Toeplitz wspomina w Twojej książce, że to były rzeczy, za które ludzie byli gotowi oddać diabłu duszę, wybijali nawet szyby w sklepie.

To było zjawisko niesamowite. Cykl produkcji ubrań, które można było wtedy kupić w sklepach, trwał około dwóch lat. Przy ministerstwach działały komisje mody, były też laboratoria różnych przemysłów, zjednoczenia tych wszystkich przemysłów – i to one, w dużym uproszczeniu, pośredniczyły między fabrykami a sklepami. Na każdym szczeblu musiał się odbyć pokaz mody, potem kolekcję zatwierdzała komisja – to wymagało czasu. Fabryka najpierw oglądała kolekcję centralnego laboratorium (zrobioną na podstawie wytycznych Mody Polskiej lub Instytutu Wzornictwa Przemysłowego) i dopiero na tej podstawie mogła tworzyć swoją. Kiedy udało się już osiągnąć kompromis między modą sprzed dwóch lat, możliwościami i planem produkcyjnym fabryki, to okazywało się, że akurat nie ma takiego materiału, który był potrzebny. Te problemy piętrzyły się na każdym szczeblu.

I jak z tym wszystkim radziła sobie Barbara Hoff?

Ona wymyślała kolekcję w sierpniu, a w listopadzie była w Cedecie. Kiedy prowadziła jeszcze rubrykę w „Przekroju”, to najpierw rysowała ubrania, a potem szyła je u znajomej krawcowej i w różnych spółdzielniach, ubierała w nie swoich kolegów, których prezentowała na zdjęciach. Byli to m.in. Wojciech Pszoniak, Grażyna Hase i cała masa ówczesnych celebrytów. W końcu Barbara Hoff poszła do dyrektora Domów Centrum i powiedziała, że ona mu zrobi kolekcję, a on niech ją sprzeda. Dyrektor zawiózł ją do dyrektora Zakładów Odzieżowych Cora na Pradze i oni jej to uszyli. Były to sztruksowe sukienki, które zostały zapowiedziane w „Przekroju”. Sprzedały się natychmiast. Kiedy w 1969 r. otwarto Juniora, pierwszy z Domów Towarowych Centrum, Hoff dostała tam swoje stoisko, a pod koniec lat 70. powstała nazwa Hoffland. Zawsze, gdy ktoś przyjeżdżał do Warszawy, to stawał w kolejce do Hofflandu. Barbara Hoff znała dyrektorów fabryk i spółdzielni włókienniczych w całym kraju. Wsiadała w auto i sprawdzała, kto i co może jej uszyć do nowej kolekcji, potem pilnowała, by wszystko było porządnie wykonane. Te ubrania nie były w jakimś doskonałym gatunku, ale rzeczywiście były inne i bardzo modne. Totalna rewolucja.

Czy dowiedziałaś się, dlaczego się tym zajęła?

Mówi, że robiła to, by walczyć z komunizmem. Trochę to brzmi śmiesznie, ale Barbara Hoff bez wątpienia jest osobą o tak wielkiej kulturze i gruntownym wykształceniu, że stalinowskie czasy, w których przyszło jej dorastać, musiały budzić w niej autentyczny lęk przed – jak to sama określa – sowietyzacją estetyczną. Chciała czy nie, trochę się przysłużyła temu, by w Polsce było wtedy nieco lepiej. Podobno Polki w tamtych czasach były najlepiej ubranymi dziewczynami z demoludów. Od znajomej dyplomatki usłyszałam taką anegdotę – na Kubie znaleziono martwą kobietę, nie było żadnych wskazówek pozwalających ustalić, kim jest, ale w milicyjnym raporcie zapisano, że prawdopodobnie to Polka, bo jest elegancko ubrana.

Jak słucham Twojej opowieści o kolejnych latach – 50., 60. i 70., to zastanawiam się, czy masz wrażenie, że pisząc o modzie w PRL-u, pisałaś przede wszystkim o tamtych czasach i ich kolorycie, a mniej o samych ciuchach?

Starałam się taki efekt osiągnąć, dlatego tak mi zależało, by m.in. pokazać cały ten absurdalny proces produkcyjny. Stąd też w rozdziale o miesięczniku „Ty i Ja” tak dużo miejsca poświęcam historii założycieli pisma, która sporo mówi o powojennych latach. To zresztą Teresa Kuczyńska, współzałożycielka tego magazynu, napomina w którymś momencie: „PRL to nie były saturatory, to był system totalitarny, który kontrolował i represjonował”. Niezwykle nie lubię tej narracji, która często się pojawia w przypadku wspomnień o PRL-u, że wszystkie Polki były takie pomysłowe i same sobie zręcznie szyły ubrania. One sobie szyły, bo nie miały innego wyboru – tęskniły za zagranicą, nie dlatego, że były biedne, tylko z powodu odcięcia od niej. Naprawdę była żelazna kurtyna i wyjazd gdziekolwiek był bardzo trudny, a kiedy już się jechało, to miało się 100 dolarów i trzeba było wybierać, czy się kupi kawę czy bagietkę.

To może na koniec wyjaśniłabyś, o co chodzi z tymi wielbłądami w tytule Twojej książki?

Powiem tylko trochę – chodzi o to, że na ich przykładzie najlepiej widać, jak ludzka pamięć jest zawodna i jak płata nam figle.

>> powrót na początek strony <<

Zadanie jest współfinansowane ze środków otrzymanych od Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w ramach Rządowego Programu na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych na lata 2014-2020

Rządowy Program na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych na lata 2014-2020