logotyp

Książka jak brylancik

Magdalena Budzińska jest redaktorem prowadzącym i szefową redakcji w Wydawnictwie Czarne. Zredagowała ponad 90 książek polskich autorów i przekładów, zajmuje się także koordynacją procesu produkcji książek.Fot. Jacek Łagowski

O debiutach książkowych, zbyt długich mejlach oraz wspólnej pracy redaktora i autora opowiada Magdalena Budzińska, redaktor prowadzący w Wydawnictwie Czarne Rozmawiała: Ola Rzążewska

Na warsztatach pisarskich dla seniorów ciągle ktoś pyta, czy to w ogóle możliwe, żeby amator wydał książkę wspomnieniową?

Zdecydowanie tak. Po pierwsze dlatego, że książki wspomnieniowe powinni pisać ci, którzy mają wspomnienia, więc trudno, by był to gatunek uprawiany wyłącznie przez zawodowych pisarzy. Oni zwykle piszą prozę fabularną. Naprawdę można wejść na tzw. rynek wydawniczy, czyli wydać książkę, nie mając żadnego doświadczenia. A debiutować można przecież także w wieku 70 czy 80 lat. W końcu wspomnień ma się wtedy więcej niż trzydziestolatek.

To dobra wiadomość!

Ależ oczywiście, przecież są tzw. późni debiutanci. Z mojego doświadczenia wynika, że wszyscy wydawcy przeglądają i naprawdę interesują się propozycjami, które do nich przychodzą. Nie wiem czemu panuje powszechne przekonanie, że kontakty z wydawnictwami i przysyłanie im tekstów to zawracanie głowy, bo nikt się tym nie interesuje i nawet nie czyta mejli. A to nieprawda. W większości wydawnictw pracują redaktorzy, którzy są odpowiedzialni wyłącznie za przeglądanie propozycji wydawniczych. Myślę, że 1/3 zgłoszeń rzeczywiście od razu odsiewamy, ale dlatego, że nie są dla nas. I tu ważna rada – wiele osób nie zwraca uwagi na to, do kogo wysyła swój tekst, my np. dostajemy wiersze albo książki dla dzieci czy powieści o smokach i wampirach, choć się na takiej literaturze nie znamy i jej nie wydajemy.

Jak debiutant ma wybrać odpowiedniego wydawcę?

Najlepiej pójść do biblioteki albo księgarni, przejrzeć książki, które są podobne do tego, co chcemy napisać albo już napisaliśmy, i sprawdzić, kto je wydał. Jak już wybierzemy 3 – 4 odpowiednie wydawnictwa, skontaktujmy się z nimi. Zwykle w książce albo na stronie internetowej wydawnictwa znajdziemy metryczkę, a w niej potrzebne kontakty. Szukajmy nazwiska redaktora inicjującego, redaktora prowadzącego albo po prostu namiarów na redakcję. Warto zadzwonić albo napisać i krótko wyjaśnić w czym rzecz. Wydawca może powiedzieć, że jednak z jakichś względów nasza propozycja go nie interesuje, bo np. ma już opracowany program wydawniczy na bardzo długi okres i wie, że nie znajdzie w nim miejsca dla żadnej nowej książki. Ale jeśli będzie wstępnie zainteresowany, da znać, w jakiej formie przyjmuje teksty. Niektóre wydawnictwa nadal wolą wydruki czy maszynopisy, niektóre już tylko pliki elektroniczne.

Jak powinien być przygotowany tekst, który wysyłamy do wydawcy?

Jeśli przesyłamy tekst w wersji elektronicznej, nie ma żadnych reguł. Jeżeli redaktor woli większą czcionkę albo szersze marginesy, sam sobie je zmieni. To nie kłopot. Warto natomiast dopytać o stronę techniczną w tych wydawnictwach, które proszą o przesłanie wydruku. U nas wszystko odbywa się już drogą mejlową, więc tylko w taki sposób przyjmujemy teksty do oceny. Ale nawet ci, którzy nie mają doświadczenia w obsłudze komputera, nie powinni się zniechęcać. Zawsze znajdą się dzieci albo wnuki, które mogą pomóc starszej osobie, jeśli zechce nam pokazać swoją książkę.

Ile trzeba czekać, nim wydawca się odezwie?

My rezerwujemy sobie trzy miesiące na odpowiedź. Dla niecierpliwych autorów to pewnie długo, ale dostajemy średnio 10 propozycji dziennie! Nawet jeśli przyjmiemy, że 3 z jakichś względów nas nie ciekawią, a z 4 kolejnych czytamy zaledwie po kilka, kilkanaście stron, i tak zajmuje to dużo czasu. Stosunkowo łatwo jest ustalić, że jakiejś książki się nie chce, że jest słaba albo źle napisana, ale jeśli którąś jesteśmy wstępnie zainteresowani i chcemy ją ocenić na poważnie, zajmie nam to jednak trochę czasu. Wydawcy źle reagują, gdy się ich popędza i już po tygodniu dzwoni z pytaniem: co z moją książką? Natomiast po jakimś czasie rzeczywiście warto się przypomnieć.

Raczej po trzech tygodniach czy właśnie po trzech miesiącach?

Jeśli ktoś zadzwoni po 2 – 2,5 miesiąca i zapyta, na jakim etapie jest ocena, czy ktoś się już z książką zapoznał, to faktycznie będzie to moment, gdy możemy powiedzieć, czy coś już wiemy albo poprosić o jeszcze trochę czasu. Albo – co niestety też się czasem zdarza – powiedzieć: Bardzo przepraszamy, gdzieś się to nam zawieruszyło! Świetnie, że Pan/Pani dzwoni! Ważne, by piszący wiedzieli, że naprawdę jesteśmy ciekawi ich książek, w tym także propozycji od debiutantów, bo w ten sposób tworzy się spora część programu wydawniczego. Oczywiście przychodzą doświadczeni, utytułowani pisarze z pomysłem na książkę, a także dziennikarze albo historycy, którym mówimy: A może chciałby Pan/Pani napisać książkę o tym i o tamtym? No ale trzecia cześć książek, które publikujemy, to są propozycje, które przychodzą „ze świata”. W ciągu ostatnich 2 – 3 lat wydaliśmy książki kilkunastu osób, które po prostu napisały mejla albo zadzwoniły – na różnym etapie pracy. Niektórzy mieli gotową książkę, niekiedy już nawet po korekcie, inni odzywali się z informacją, że mają jakąś historię do opowiedzenia albo pomysł na książkę i pytali, czy bylibyśmy zainteresowani. Bardzo często możemy powiedzieć: Tak, jesteśmy. Zwykle prosimy wtedy o krótki opis, coś w rodzaju konspektu, i jakiś fragment, np. kilkanaście stron, dzięki którym mamy rozeznanie, jak autor pisze. Jeśli to wszystko się nam podoba, umawiamy się na termin oddania książki i autor zaczyna pracę.

Brzmi bardzo prosto. Lepiej więc nie rozsyłać wydruku naszej książki od razu do kilkunastu wydawnictw?

To naprawdę nie ma sensu. Warto skoncentrować się na kontaktach z trzema – czterema, które są wstępnie zainteresowane. Im dokładniej wybierzemy wydawcę i lepiej się w jego pamięci zapiszemy, tym łatwiej będzie uzyskać odpowiedź. Często dzwonią do mnie osoby z pomysłem na książkę, opowiadają o niej, ja zapamiętuję tę historię, a czasem całą rozmowę i mogę potem śledzić losy książki u recenzentów, pamiętam też o tym, żeby oddzwonić. I, co jest bardzo ważne, trzeba pisać i rozmawiać krótko. Starsze osoby często opowiadają przez telefon ciekawe rzeczy, ale półgodzinne rozmowy, niekiedy rzeczywiście interesujące, nie posuwają samej sprawy naprzód. Niektórzy piszą bardzo długie mejle albo listy, w których streszczają fabułę, opisują bohaterów i przedstawiają interpretację. A w gruncie rzeczy najlepiej się sprawdza dość krótka informacja: o czym i jakiego rodzaju to książka plus parę słów o sobie. Ale naprawdę parę słów! Nie chodzi o to, że jeśli ktoś zdobył 50 nagród literackich i skończył takie i takie studia, to jest dla nas bardziej interesujący niż osoba, która nie miała wcześniej żadnego „zawodowego” kontaktu z literaturą. Ostatecznie tekst musi obronić się sam.

A co się dzieje z tekstem, który się wam spodobał?

Redaktor czyta go uważnie i mówi: Słuchajcie, to jest coś, co warto wziąć pod uwagę. W zależności od tematyki i profilu książki czytają ją jeszcze dwie albo trzy osoby – ktoś z redakcji, zwykle też redaktor naczelny, ale również tzw. recenzenci zewnętrzni. To są osoby pracujące niezależnie, niezatrudnione w wydawnictwie, czasem tłumacze, czasem krytycy literaccy, a czasem po prostu osoby, na których opinii o literaturze polegamy i które wiedzą, co pasuje do naszego profilu wydawniczego. Jednym z naszych najlepszych recenzentów jest filozof, który pracował w różnych wydawnictwach na wielu stanowiskach i po prostu zna się na książkach. Z recenzentami jest tak, że albo bardzo dobrze znają się na jakimś temacie, więc służą jako eksperci, albo – jeśli chodzi o powieść, esej, beletrystykę – mają wyczucie i wiedzą, że coś jest dobrze napisane.

A zdarza się tak, że nie możecie się zdecydować, czy coś wydać, czy nie?

Rzeczywiście, bywa, że książka nas interesuje, podoba się nam, ale uważamy, że czegoś w niej brakuje albo że coś należałoby w niej zmienić. Czyli na przykład, w przypadku autobiografii, że brakuje szerszego tła historycznego albo potrzeba więcej scenek, dialogów, czegoś żywego. Albo że styl jest zbyt naukowy i lepiej będzie z niego zrezygnować na rzecz lżejszej opowieści. Wypisujemy te zastrzeżenia, przekazujemy autorowi i rozmawiamy, czy z jego punktu widzenia takie zmiany w ogóle wchodzą w grę. Bo zdarza się, że autor mówi: nie, nie bardzo umiem albo nie bardzo chcę zmian. Ale czasem mówi, że oczywiście. I próbuje to zrobić sam albo umawiamy się, że my w ramach pracy nad tekstem sami zaproponujemy głębsze zmiany redakcyjne. To wszystko odbywa się jednak oczywiście w porozumieniu z autorem. Staramy się tłumaczyć nasze racje i pomysły, by to ostatecznie była wspólna decyzja autora i redaktora.

To bardzo ciekawy wątek, bo uczestnicy naszych warsztatów mówią czasem: boję się wysłać do wydawnictwa moją książkę, bo jak nad nią usiądzie redaktor, to już nie będzie moja. Jak często zdarza się, że autor przysyła książkę, a wy nic w niej nie zmieniacie?

Nigdy. To bardzo ważne, by każda osoba pisząca miała świadomość, że największym pisarzom, najbardziej cenionym i utytułowanym, naprawdę redaguje się książki. Ale zawsze dużo większy problem jest przy redagowaniu książek debiutantów, bo dla nich ten wypieszczony tekst jest jak ukochane dziecko. Wszelkie próby ingerencji, czy są to poprawki stylistyczne, czy propozycje usunięcia jakiegoś fragmentu, przemieniają się w wielki dramat, co oczywiście częściowo rozumiem. Wtedy staram się pokazać, że tak właśnie wygląda redakcja, i przekonuję, że jako redaktor jestem w całości po stronie autora. Warto pamiętać, że redaktor jest pierwszą osobą, która – po autorze i najbliższej rodzinie – czyta naszą książkę tak, jak będzie ją czytał czytelnik. Umie powiedzieć, co jest w niej niejasne, czego brakuje. Po pewnym czasie stanie się też osobą, która będzie znała ją najlepiej, bo zwykle czyta ją w całym procesie produkcji trzy albo cztery razy. I cokolwiek proponuje, działa na jej korzyść, bo przecież wydawnictwu zawsze zależy na tym, by mieć jak najlepszą książkę.

Myślę, że początkujący autor może mieć jednak poczucie, że redaktor wciąż wytyka mu błędy.

Absolutnie tak nie jest. Czasem taki zredagowany tekst faktycznie wygląda jak kartkówka, bo zdania są pokreślone, a na marginesach widać jakieś komentarze, ale to w żadnym razie nie jest komunikat: nie umie Pan/Pani pisać, co to są za bzdury?! Najwięksi pisarze robią błędy ortograficzne albo rzeczowe, więc tym nie ma się co przejmować. Jest też tak, że jeśli redaktor chce dokonać jakichś większych zmian, powinien wyjaśnić dlaczego. Kiedy proponujemy usunięcie jakiegoś akapitu albo przestawienie go z pierwszego rozdziału do trzeciego, zawsze tłumaczymy, dlaczego naszym zdaniem tak będzie lepiej. Ale ostatecznie niczego się nie robi przy bardzo ostrym sprzeciwie autora.

Myślę, że to jakoś uspokoi tych, którzy boją się, że w trakcie redakcji ich książka przestanie już być ich własnym dziełem.

Z tą myślą trzeba się nieco oswoić. Na pewno nie będzie tak, że ona pozostanie niezmieniona. Ale nie zawsze duża liczba poprawek wskazuje na to, że książka jest zła. Czasem to cyzelatorstwo: robimy dużo drobnych zmian, które sprawiają, że książka będzie jak brylancik. To jest zresztą najprzyjemniejsza praca – możliwość dopieszczania stylu czy rytmu zdań. Co ciekawe i bardzo fajne dla obu stron, wielu autorów pracuje przez wiele lat i wiele książek z jednym redaktorem, bo już są naprawdę dobrze dograni i wiedzą, że mogą sobie ufać.

>> powrót na początek strony <<

Zadanie jest współfinansowane ze środków otrzymanych od Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w ramach Rządowego Programu na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych na lata 2014-2020

Rządowy Program na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych na lata 2014-2020